|
|
ROZDROŻA
2010-06-06
|
Jakież to osobliwe odczucie, kiedy nagle – obrawszy jedną z wielu dróg – przystajemy i oglądając się wstecz zadajemy sobie pytanie o sens naszej dalszej wędrówki. Czujemy, jak na stanowczości traci nasza – do niedawna jeszcze niezłomna – wola; przyłapujemy się na rozpamiętywaniu naszego wyboru, na poddawaniu w wątpliwość sensowności naszych poczynań. I skąd te przeklęte wahania? Skąd to rozczarowanie? Dlaczego ów cel, który obraliśmy zrazu, nagle wydaje się taki odległy, a to wszystko, co do tej pory dodawało nam sił, obraca się w mgnieniu oka w trujące obiekcje?
Każde rozdroże, które zostawiliśmy za sobą, wcześniej czy później ożywa w nas (w momencie zawahania) owym nieodpartym przekonaniem, że mogliśmy dokonać lepszego wyboru, podjąć inną decyzję… No cóż, prawda jest taka, że niewielu z nas potrafi działać tylko i wyłącznie według dyrektyw własnego rozumu i własnych przekonań, których ani okoliczności zewnętrzne, ani słabość wewnętrzna nie są w stanie zachwiać. Nazbyt często ulegamy zewnętrznym wpływom lub własnym, czasami nazbyt rozfantazjowanym, pragnieniom – będąc jednocześnie narażonymi na niewczesne wątpliwości, wyrzuty sumienia bądź dotkliwe wyroki bliźnich.
Jednak w większości przypadków odwrotu już nie ma – nasz pochód triumfalny (tak się nam przecież jawił!) zamienia się w jakąś somnambuliczną i upiorną pląsaninę rodem z obrazów Bruegel’a. Potężnieje w nas ta ciemność pytań bez odpowiedzi, te puste echa niewysłuchanych modlitw – doświadczamy wątpliwości, która od tej pory staje się kolejnym z ogniw w łańcuchu nierozerwalnie związanych ze sobą przyczyn i skutków…. „Człowiek jest przeklęty, żałuje tych dróg, którymi nie poszedł.”
|
|
Komentarzy:
9
|
|
WIOSNA
2010-04-23
|
Przy końcu zimy nadchodził szereg trzeźwych, powszednich, niczym nie znaczonych dni, dni pustych w smaku jak wielkie kołacze, wypiekane we czwartek na cały tydzień i leżące szeregiem na półce w zimne, białe, bezsłoneczne popołudnie.
Dni te wyrastały z swych dwunastu godzin jak wyrostki z przyciasnego ubrania i marzły – co dzień dłuższe, w ciągnące się powoli popołudnie przedwiosenne, w jasne zmierzchy, które nie chciały się kończyć. Wtedy nagle z framugi tygodni wynurzały się Święta Wielkanocne i nagle w pustce dni zaczynał się czas formować w głębi swej barwą i sensem i na scenę wysuwał się cały ten wielki teatr Paschy, całe to wielopiętrowe misterium prastarej egipskiej wiosny: to wspaniałe i niezgłębione ucztowanie przy długich, białych stołach, w świetle srebrnych świeczników, migocących pod tchnieniem zbyt wielkiej i pustej nocy paschalnej. Te noce paschalne stały juk ciemne kulisy za otwartymi drzwiami domu i rosły od niepojętych i ogromnych spraw, podczas gdy nad lśniącą paradą stołu przystawały na chwilę w kolejności Biblii figury jej zodiaku: plagi egipskie i rozsypywały się w miał gwiezdny, mielone w tamach tej nocy, która jest inna od wszystkich nocy roku.
Tak rosła ta obca i twarda noc wiosenna w swej głębi od plag i klęski i wśród rechotu jej gwiazd rozmnażały się żaby, węże i robactwo wszelkie w rośnych przestworach i roiła się na całej przestrzeni od tajnego dziania się, a w sednie jej otwierała się ciemność labiryntami pokoi, czerwonych komór, malowanych szuflad, w których gwałtownie umierali pierworodni, a drzwi zatrzaskiwały się za lamentem rodziców.
A gdy tydzień świąteczny mijał, wsuwano ten spiętrzony teatr Paschy z powrotem w indyferentną ścianę tygodni, która się wygładzała i ulice biegły znowu pusto i zapominano o wiośnie, której jeszcze wciąż nie było.
Aż pewnego dnia, przy końcu kwietnia, było przedpołudnie szare i ciepłe – ludzie szli, patrząc w ziemię, zawsze w ten metr kwadratowy wilgotnej ciemnej ziemi przed sobą i nie czuli, że bokami mijają drzewa parku, czarno rozgałęzione, pękające w rozlicznych miejscach w słodkie jątrzące się rany.
Uwikłane w czarnej, gałęzistej sieci drzew – szare, duszne niebo leżało ludziom na karku wichrowato – spiętrzone, bezforemne, ciężkie i ogromne, jak pierzyna. Ludzie gramolili się pod nim jak chrabąszcze na rękach i nogach w tej ciepłej wilgoci, obwąchujące czułymi różkami słodką glinę. Świat leżał głuchy, rozwijał się i rósł gdzieś w górze, gdzieś z tyłu i w głębi, błogo bezsilny i płynął.
Chwilami zwalniał i przypominał coś mglisto, gałęził się drzewami, oczkował gęstą szarą siatką ćwierkania ptasiego, narzuconą na ten dzień szary i szedł w głąb w wężowanie podziemne korzeni, w ślepe pulsowanie robaków i gąsienic i rósł tym wszystkim, bez miary.
A pod tym bezforemnym ogromem kucali ludzie ogłuszeni i bez myśli w głowic, kucali z głowami w rękach, wisieli zgarbieni na ławkach parków z płatkiem gazety na kolanach, z której tekst spływał w wielką szarą bezmyślność dnia, wisieli niezgrabnie w pozie jeszcze wczorajszej i ślinili się bezwiednie. Może ogłuszały ich te gęste grzechotki ćwierkania, te niestrudzone makówki, sypiące szary śrut, którym ćmiło się powietrze. Chodzili pod tym gradem ołowianym i rozmawiali na migi w tej ulewie rzęsistej lub zrezygnowani milczeli.
Ale gdy około jedenastej godziny gdzieś w jakimś punkcie przestrzeni przez wielkie spęczniałe ciało chmur wykłuło się słońce bladym kiełkiem, wtedy nagle w gałęzistych koszach drzew zaświeciły gęsto wszystkie pączki i szary welon ćwierkania oddzielił się powoli blado-złocistą siatką, z twarzy dnia, który otworzył oczy. I to była wiosna.
Wtedy nagle w jednej chwili pusto przed chwilą aleja parku jest zasiana ludźmi śpieszącymi w różne strony, jakby była ona punktem węzłowym wszystkich ulic miasta i zakwita strojami kobiet. Jedne z tych prędkich zgrabnych dziewcząt śpieszą do pracy, do sklepów, inne na schadzki, ale przez chwil parę, podczas których przechodzą przez ażurowy kosz alei, dyszący wilgocią kwieciarni i nakrapiany trelami ptaków – należą do tej alei, do tej godziny, są, nie wiedząc o tym, statystkami tej sceny w teatrze wiosny, jak gdyby zrodziły się z deptaku razem z delikatnymi cieniami gałązek i listków, pączkującymi w oczach na ciemnozłotym tle wilgotnego żwiru, biegną parę złotych, kosztownych pulsów, a potem nagle zbledną, rozprószą się, przepadną, wsiąkną w piasek, jak te filigrany przeźroczych cieni, gdy słońce wejdzie w zamyślenie obłoków. Ale na tę jedną chwilę zaroiły aleję swym świeżym pośpiechem i z szelestu ich bielizny zdaje się płynąć ten bezimienny zapach alei. Ach, te przewiewne, świeże od mydła koszulki, prowadzone na spacer pod filigranowym cieniem wiosennego korytarza, koszulki: plamami mokrymi pod pachą, schnące we fiołkowych powiewach dali. Ach, te młode, rytmiczne, zgrzane od ruchu nogi w nowych, skrzypiących jedwabiem pończoszkach, pod którymi kryją się czerwone plamy i pryszcze, zdrowe wiosenne wypryski krwi gorącej. Ach, cały ten park jest teraz bezczelnie pryszczaty i wszystkie drzewa wysypują się pączkami pryszczy, które pękają ćwierkaniem. Potem aleja znowu pustoszeje, po sklepionym deptaku gędoli cicho drucianymi szprychami wózek dziecinny na smukłych resorach. W małym lakierowanym czółenku pogrążone w grządkę wysokich krochmalonych szlar z batystu śpi, jak w bukiecie kwiatów delikatne i różowe dziecko. Dziewczyna, prowadząca powoli wózek, nachyla się czasem nad nim, przewala na tylne koła, kwiląc osiami obręczy, ten bujający koszyk rozkwitły białym muślinem i rozdmuchuje pieszczotliwie ten bukiet aż do słodkiego śpiącego jądra, przez którego sen wędruje jak bajka ten przepływ obłoków i świateł. Potem w południe wciąż jeszcze plecie się ten pączkujący wirydarz światłem i cieniem, a przez delikatne oka tej siatki sypie się bez końca jak przez drucianą klatkę, świergot ptaszków z gałązki na gałązkę, ale kobiety przechodzące brzegiem deptaku są już zmęczone i mają włosy rozluźnione od migreny i twarze znękane wiosną, a potem już całkiem pustoszeje aleja, a przez ciszę przedpołudnia przechodzi powoli zapach restauracji z pawilonu parkowego.
Bruno Schulz
|
|
Komentarzy:
3
|
|
ANIOŁ SMUTKU
2010-01-18
|
Zbliża się północ; północ, w której wszelki głos zamiera. Milczenie i tajemnica rysuje straszne hieroglify na czarnych ścianach. I teraz, jak zawsze, nawiedzają mnie marzenia. Stary odwieczny relikwiarz nocy odsłoni się: przylgnę do niego mymi usty i w chłodnym pocałunku zdławię wszelką namiętność krwi.
Przymykam powieki i czekam.
Powoli owłada mną nieznany duch upojenia i powoli w marzeniach mych odsłaniają się kraje bezludne, kraje bladych cieni, kraje, gdzie wieczna mgławica otula serca drzemiących baśni. Tam tylko z gwiazd wysokich pada światło cichą mszą na pokutne cyprysy, a cyprysy rzucają żałobne cienie. I nie ma tam dźwięku ni przepływów wiatru, nigdy niebo nie przesłania się chmurami, ani też światłem promiennego dnia. Wieczna tam noc i wieczna pustka, bez traw i kwiecia. I jeśli w krajach tych błądzić będziemy (jak ja w mych marzeniach), to miłość tam nie zetrze łzy z naszej źrenicy; tęsknota tylko opłata biel umarłych piersi. I smutek, smutek bezdenny przygniecie nasze serca. O, bezpromienne to Elizeum...
Ale gdy nawet nie marzę, to nawiedza mój dom gość osobliwy. Gość ten obojętny na wszelkie skargi i błagania człowiecze. Zimnym krokiem wchodzi w mój dom, po to, by odejść nie przebłagany i znów powrócić. O, naprawdę Eumenidy, w których uściski padało się bez heroizmów, nie były straszniejsze od mego gościa. O naprawdę, gorszy to gość niż furie, wiodące duszę w „dolinę łez”.
Poznałem, poznałem mego gościa; jakżebym go miał nie poznać, po jego białych, fałdzistych szatach, po welonie przesłaniającym dumne jego czoło, po złotym wieńcu, który zdobi zimną jego skroń. I zwę go moim przeznaczeniem i zwę go „Aniołem smutku”, gdyż przeciągłe są jego westchnienia, a głos słaby i chwiejny, choć rzadko kiedy przemawia on do swych poddanych, a gdy już szepce jakąś nadzieję, to tylko nadzieję cichej śmierci. A oczy jego ciągle nieruchome i zapatrzone, kędyś daleko. A twarz, twarz spokojna bez cienia zawiści — ale i bez blasku, — zimna i blada martwa wiecznie, mimo że spadnie po niej nieraz ciężka łza. Tak, nieraz w pół-bólu dyszałem leżąc w spłakanych dźwiękach jakiejś tajemnej muzyki, kiedy nade mną i wokoło mnie wszczynało się coś strasznego w bolesnych oplotach tęsknoty; to wówczas cios samotni spadał na moje serce i wówczas to nawiedzał mnie zawsze „Anioł smutku”.
Nawiedzał on także zeszłej wiosny mordercę znanego mi z oblicza. Nawiedzał on go przed straszną zbrodnią i po dokonanym już czynie. Nawiedzał on nieszczęśliwego kochanka, który dzień cały i noc całą leżał w strasznej zadumie i piekielnym żalu nad samym sobą. Lecz „Anioł smutku” nigdy go nie opuszczał, aż dnia jednego zawiódł go przed oblicze śmierci, zarzucając mu pętlę na szyję. I gdzie „Anioł smutku” stanie, tam wszędzie upamiętnia swoją obecność. Gdy w domu kogo nawiedzi, tam wszędzie znać jego straszną rękę, tam na wszystkim zastyga jego nieruchomy wzrok i po wszystkim pełznie jego głuche westchnienie. On to osaczył ciemną mgłą nieszczęśliwego męża, gdy po zgonie ukochanej żony tracił zmysły w okropnych uściskach jego skrzydeł. — On jest potężny i należy go się lękać.
„Anioł smutku” ma także swoich oblubieńców, których nigdy nie opuszcza. Od dnia narodzin czuwa przy nich i są oni jakby dziećmi jego. Znałem oblubienicę „Anioła smutku”. Była ona jakby wiecznie chora na błędną tęsknotę. Nigdy się nie śmiała, nigdy żywszym blaskiem nie zajaśniały jej oczy. — Nie pamiętam, kiedy ją poznałem; lat to już temu wiele. Nad spokojnym jeziorem stał jej mały dom. Dookoła ocieniały ten senny przybytek wysokie topole, chwiejące się ledwie dostrzegalnie pod cichymi powiewami wiatru. Komnaty tego domu wyścielane były miękkimi kobiercami. Ściany obite ciemną materią; przeważała barwa granatowa w wąskie blado-zielone pasy, lub głęboko liliowa. Wszystkie pokoje wysokie nadmiernie o dużych oknach przesłoniętych gęstymi firankami, które spływając na barwne kobierce, drapowały się w dziwny a dziewiczy przepych, prócz nich jeszcze zasłaniała światło dzienne zieleń południowa, stojąca w dużych czarnych koszach przed oknami. Po rogach wszystkich komnat stały obojętne, milczące rzeźby, a duże i ciężkie żyrandole zwisały w bezdźwięcznych a tęczowych szkliwach. Ciemno-pąsowe meble zlewały się cudną muzyką z zimnem obiciem pustych ścian. Komnat takich było trzy, z których jedna całą ścianę od strony wschodu miała oszkloną. Na wprost ściany szklanej stało duże zwierciadło, jedyne w tym całym domu. W lustrze owym odbijała się wątła postać kobiety o brązowo-płowych włosach, o profilu godnym dłuta natchnionego mistrza. Rysy jej twarzy, choć tak pozornie regularne, miały w swej piękności coś dziwnego, co było anomalią i co nadawało tej twarzy — przejrzyście bladej, coś chimerycznego. Cała ta piękność nieruchoma (jak teraz widzimy, gdy łagodnie odbija się w zwierciadle) zmienia się jednak jak lekki obłok, nadając jej ciągle nowy wyraz. Usta nade wszystko nieustannie zmieniają lekki łuk, gną się, przewijają, opadają w dół, to znów podnoszą się do cichego uśmiechu. Oczy to raz patrzą w niewiadome życie, to z rezygnacją obejmują widnokrąg z zawidmowych szyb, to przepełnione łzami rozszerzają się jak do przerażenia, to przesłaniają się melancholijnie ciemnymi jak welon rzęsami.
Dookoła głowy ozdoba przecudna, włosy, co dziwacznymi falami okalają drobną i bladą twarz, a czynią z tej głowy dziewiczej coś groteskowego, nierealnego; dookoła skroni spadają wężowymi festonami i przy bladych licach zwijają się w kłęby i obłoki, świecąc, połyskiem brązu i dalej pełzną ku tyłowi, gdzie w ciężkim zwoju przewijają się jak melodia dziwacznej muzyki. I dziewicza ta pani siedzi tak od kilku godzin. Zawsze ona tam przebywa, ile razy wielka tarcza sennego księżyca wrzuca przez szklane ściany do wnętrza swoje tęsknoty. Nieruchoma jej cała postać wygląda raczej na wymysł artysty, niźli na osobę realną, na którą patrzymy. Tybetowa, czarna suknia obciska jej biodra, i w grubych fałdach załamuje się u jej nóg. Prawa ręka spoczywa na małym stoliczku i bieli się znużeniem w ciemnych tłach. Piersi w cichych oddechach poruszają się miarowo, jak zegar żywej krwi. W około cicho i sennie, ona jednak głowy nie opuszcza na piersi, powiek nie zmrużą. Patrzy ciągle w swe myśli, choć one własnością już „Anioła smutku”. Ona jest najbiedniejszą kobietą pod słońcem, bo jej serce nigdy nie zaznało miłości. Samotność była jej całym życiem, a tęsknotą cmentarny grób. Daremnie dookoła niej życie kipiało żądzą i radością; ona tego nie widziała, serce jej, jako własność „Anioła smutku” nie odczuwało życia. Smutny był krzew dla niej, który zwisał nieruchomo z wazonów w jej pokojach, smutne było zwierciadło, które odbijało jej bladą twarz.
Smutne pola za oknami, smutna pieśń, co czasem nocą zbudziła się w piersiach swobodnych ludzi. Nie znała ona radości, nie znała pragnień życia. I w miarę jak „Anioł smutku” obdarzał ją swoją opieką, gasła ona i bladła, i z każdym dniem coraz cichszy był szelest jej sukni i coraz rzadziej rozlegały się stąpania jej kroków. Z każdą godziną oczy jej nabierały połysku strasznej wróżby. Aż raz, gdy północ mijała, „Anioł smutku” cicho opuścił jej dom na zawsze. Wiatry teraz poruszały wysokie topole, gwiazdy zsypywały złotą woń letnich nocy, jeziora śniły o dalekich niebach i cicha śpiewka kolebała mgławe pola.
Na zimnych piersiach spoczęły ręce, co się zbrodnią ani występkiem nigdy nie zmazały. Smutek, śmierć z oczu zdmuchnęła. Usnęło na zawsze zziębłe serce, co nie znało miłości, zacisnęły się usta nie dotknięte wargą pożądania. I czas miotał w zapomnienie siedzibę jednej z cór „Anioła smutku”.
Tymon Niesiołowski |
|
Komentarzy:
3
|
|
BAŚŃ CHRZEŚCIJAŃSKA
2009-12-03
|
Na dwóch krzyżach: dwaj ludzie, dwie istności, dwie męki.
Przed nimi: ludzkość.
Nad nimi: płat rozpalonego do białości nieba.
I cisza.
ŁOTR: Kim jesteś – Ty?
CHRYSTUS: Ideą. Ideą, która zniszczyła mnie, aby być.
ŁOTR: Ale nim cię zniszczyła, kim byłeś Ty?
CHRYSTUS: Nie było mnie, była tylko ona.
ŁOTR: Kłamiesz, proroku! Musiałeś być czymś. Musiałeś być nawet czymś większym, niż twoja idea.
CHRYSTUS: Nie byłem.
ŁOTR: Ty bowiem przetrwałeś, a idea twoja? Gdzie twoja idea, proroku?
CHRYSTUS (głęboko i cicho): Oto świat i oto ona.
ŁOTR: Ja nie byłem ideą. Byłem czynem.
CHRYSTUS: I coś ty uczynił w życiu?
ŁOTR: Używałem.
CHRYSTUS: I za cóż cię ukrzyżowano?
ŁOTR: Albowiem – używałem. Teraźniejsza ludzkość nie znosi, by jej hasła głoszono zbyt głośno. A ja je krzyczałem – czynami.
CHRYSTUS (z wahaniem, mechanicznie): Przebaczyłeś im?
ŁOTR: Plwam na nich – im bardziej są oni cząstką mojej duszy. Im bardziej ja jestem cząstką ich duszy, tym bardziej na nich plwam. Ale tyś musiał albo zanadto przeczyć ich wewnętrznemu światu, albo zanadto mu potakiwać – skoro cię znowu ukrzyżowali.
CHRYSTUS: Nie potakiwałem mu, ani przeczyłem. Chciałem go przetworzyć...
ŁOTR: …i?
CHRYSTUS (cicho): …i przetworzyłem.
ŁOTR: Głosiłeś bezprawie?
CHRYSTUS: Głosiłem miłość.
ŁOTR: I bałwochwalstwo? i znęcanie się nad słabszymi? niewolę? Używanie kosztem cudzej nędzy? i próżnowanie kosztem cudzej pracy? Frymarkę?
CHRYSTUS (zadziwiony): Głosiłem miłość. A w niej sprawiedliwość, wolność i pokój.
ŁOTR: I oni wiedzą, żeś ty głosił – miłość?
CHRYSTUS: ...wiedzą.
ŁOTR: Wiedzą – i ukrzyżowali mnie. Dlaczego mnie, który byłem wytworem ich własnych rąk i po prostu symbolem ich duszy?!
CHRYSTUS (blado): ... ukrzyżowali – może – swoją duszę. Tę starą.
ŁOTR (szyderczo): Nauczyłeś ich tego, jak się wyzbyć... duszy?
CHRYSTUS: Jak uduchownić duszę.
ŁOTR: Nie. Powiedziałeś, że ukrzyżowali swoją duszę. Ukrzyżowali mnie. A na moje miejsce stanęło twoje imię, ale tylko imię: dźwięk pusty i wieczysta komedia. Położyli się spać ludźmi, a tyś ich obudził kabotynami, przystrojonymi w szaty, dlatego nazwane twoim imieniem, że nie są podobne do twoich.
CHRYSTUS: Ale ty o mnie wiesz wiele.
ŁOTR: Więcej, niż ci, których jakoby przetworzyłeś. Spytaj ich o siebie.
CHRYSTUS (milczy; wreszcie mówi do przechodzącego pod krzyżami): Znasz ty mnie, bracie?
PRZECHODZĄCY (zwracając się do Łotra): Co on mówił? Nie rozumiem go.
ŁOTR: Nie rozumiesz go? Nie znasz jego głosu?
PRZECHODZĄCY: Znają go jego arcykapłani. Nam nie wolno bez pośrednika do niego się zbliżać. Nie znam go.
ŁOTR: Ty nie? A kim jesteś, obywatelu, między swymi?
PRZECHODZĄCY (znacząc się znakiem krzyża): Chrześcijaninem.
ŁOTR (do Chrystusa): Zrozumiałeś – proroku?! Spytaj go, ale ich gwarą, nie swoją, czy wie, czegoś ty uczył i czegoś ty od nich chciał.
(Chrystus milczy).
PRZECHODZĄCY (po chwili): Czego on chciał? Kościół chrześcijański chciał zbudować i za grzechy nasze umrzeć na krzyżu i umarł. Za to niechaj mu będzie cześć i chwała.
ŁOTR: Ale czego on uczył, obywatelu chrześcijaninie? Co głosił?
PRZECHODZĄCY (po namyśle): Oto wracam z jego kościoła, gdzie jego kapłani mówili...
ŁOTR: Co mówili?
PRZECHODZĄCY: O poście mówili, który zachodzi, o świętopietrzu i innych budujących rzeczach...
ŁOTR: I nic po za tym?
PRZECHODZĄCY: Nie.
ŁOTR (do Chrystusa): Słyszałeś – proroku?!
CHRYSTUS (milczy; po chwili, z jękiem): A miłość, którą głosiłem?! A sprawiedliwość i równość i pokój?! A wielkie światy bezcielesne i niematerialne, które wam chciałem stworzyć?!. ..
PRZECHODZĄCY (patrzy na Łotra): Co on mówi? Nie rozumiem.
ŁOTR (do Chrystusa): Zrozumiałeś-że ty, proroku?! Człowieku, któryś przestał być, aby była Idea, a którego Idea przestała być, ponieważ byłeś człowiekiem między bydlętami!
CHRYSTUS (ze wzrastającą pewnością): Nie przetworzyłem może pojedynczych dusz, alem przetworzył duszę świata!
ŁOTR (ze śmiechem): A?!?!
I na błękitnym widnokręgu przesuwają się wizje... świata.
Dymy i wojny.
Nad nimi ciągle chorągiew o złotym krzyżu i inicjałami ukrzyżowanego.
Delikwenta prowadzą na szubienicę – obłąkanego z przerażenia – a obok niego pobożny mnich z krzyżem w ręku.
Dzieci i starce umierają z głodu po wilgotnych norach a gmachy, znaczone inicjałami ukrzyżowanego, uginają się pod ciężarem marmurowych koronek, złota i klejnotów.
Arcykapłani idą rzędem, pyszni, niedostępni i przystrojeni w złoto-głowie głoszą: ubóstwo, pracę i pokorę ducha.
Księgi prawodawstw państwowych i kościelnych otwierają się z łoskotem, a w nich ustawy o: karze śmierci, o: nierozerwalności związków ludzkich choćby najtragiczniejszych, o: wyłączeniu spod prawa dzieci, które się odważyły urodzić bez sakramentu.
I dzwony, odlane ze spiżu, przetopione z tych armat, które tysiące istnień, rozniosły ongi w puch, dzwony te dzwonią – dzwonią – komuś na chwałę – a może – urągowisko?...
CHRYSTUS (patrzy ciągle bolesnymi oczyma): ... To jest?
ŁOTR: To jest dusza tego świata, którą przetworzyłeś. Dusza stara chodziła przynajmniej nago, bez osłon i bez płaszczyków. Ta nowa osłoniła się twoim płaszczem, tym, którego nie miałeś, i w imieniu twojej idei depce twoją ideę. Ja byłem tą dawną duszą, ale nie byłem – kłamstwem. Ukrzyżowano mnie też w twoim imieniu. Czyś ty ich nauczył kłamstwa i dwulicowości, o posępny proroku?!
CHRYSTUS (uparcie i głucho): ... miłości.
ŁOTR: Byłeś miłością?
CHRYSTUS: Idea moja była miłością. Mojej osoby nie było. Umarła na krzyżu, zanim umarła na krzyżu.
ŁOTR: Idea twoja umarła. Tyś został proroku, na ustach milionów. Ale idea twoja umarła.
CHRYSTUS (bezładnie): Powiedz mi z kolei, kim jesteś ty?
ŁOTR: Jam jest duszą świata – tą starą. Zabiłeś mnie. Zabiłeś moją żywiołowość, moją prawdę. Przystroiłeś mnie w jakąś źle skrojoną sukienkę, której nie umiałeś przystosować do stosunków i klimatu. Ja nie mówiłem, że „miłuję bliźniego mego, jak siebie samego”, wyłupiając mu równocześnie oczy. Wyłupywałem mu oczy po prostu, w złości i bez frazesów. Ja nie mówiłem, że „chwalę ojca mego niebieskiego w duchu jeno i w prawdzie”, wybijając równocześnie bałwochwalcze pokłony przed suto udekorowanymi bożkami i w świątyniach, kapiących od złota, w których kapłan głosił ubóstwo i umiarkowanie. Nienawidziłem ubóstwa. I umiarkowania nienawidziłem, używając jawnie i bez miary. Tyś stworzył może rzecz cudną, sen cudny, ale ta rzecz stała się frazesem, a ten frazes pokonał mnie: starą, szczerą, pierwotną duszę świata. Jednakowoż nie jestem ci wróg, chociaż jestem bliski i im, albowiem byłem bliższy ciebie, niż ci, którzy imię twoje noszą.
Chrystus milczy. Potem z ogromnym wysiłkiem odrywa rękę od patibulum słupa i kładzie ją, prawie przyjaźnie na ramieniu Łotra.
A z ziemi dochodzi przeciągły, tępy, bezmyślny śpiew:
„Najświętsze członki i wszystkie ciało
Okrutnie zbite na krzyżu wisiało…”
M. C. Walewska
|
|
Komentarzy:
3
|
|
CIENIE
2009-10-31
|
Płynęły po równi, na którą zstępywać zaczął wczesny, jesienny mrok.
Szły polami mgły szafirowe, zlekka przysłaniając chwiejące się we wietrze kiście traw, nie tykając ziemi. Szarzały na drzew pniach czerniawych, opryskanych jeszcze kroplami błyszczącego, zczerniałego złota zachodu, zawisły na chwilę w rosochatych, napoły obnażonych konarach, gdzie liście blade osępieniem, wyjałowione z barw w topieli dżdżów długich chwiały się monotonnie, jak wahadła zegarów, świadome, że jeszcze chwila, jeszcze ruch jeden... drugi, a pójdą precz... daleko... na śmierć; — zaczepione rąbkiem szat o czarne miotły krzaków wibrowały moment... potem niesione podmuchem pełzały dalej powoli, uroczyście, dziwiąc tym pochodem zasypiające w gęstwie poschniętych traw ostatnie kwiaty jesieni i przypadłe do gruntu, nabierające sił do odlotu ptaki.
Równia zasypiała. Położyła się, szeroko rozrzuciwszy płaszcz pod kobaltowym stropem nieba. Na zachodzie ostatnie promienie słońca, co dawno zstąpiło za horyzont, oglądając się na zaśnioną, zapaliły u jej czoła niby lampkę nocną, ale i to światełko mglało z każdą chwilą, stawało się wątłem, jak oddech umierającego... Płynęły cienie coraz wyraźniejsze, rozśmielone snadź ustąpieniem jasności, krok ich nabierał tętna... zasypiające stworzenia mówiły sobie:
- Oto idą... ich godzina. Spijmy... cóż nam?
Były teraz jak słupy dymu dalekich spalenisk jakichś, spalenisk przeogromnych, po których łuny skonały dawno... prostowały się, zwierały w sobie... próbowały kształtów, niepewne, jakie przyodziać... Czasem przystawały... czekały na siebie... obracając się za towarzyszem, który się pochylił nad jakimś zaśnionym kwiatem, czy liściem spadłym zadumał... stawały kołem na naradę, zbliżały ku sobie czołami... jak mędrcy idący z nieznanych świata ostępów ku dalekiej kolebce, gdzie śni jakaś nowa, nieznana ludziom prawda, pociągająca przez dale ku sobie serca spragnione... i ruszały powoli dalej, uniesione nad samą ziemią, jakby się bały jej czernią powalać... jakby omijały troskliwie łachy coraz grubsze ciemności... Płynęły zwiewne, a silne, znikome, jak sen, a twardsze i pewniejsze, niż życie samo... nieśmiertelne.
Nie poszły zawisnąć kędyś wysoko ponad światem, patrzyć na bezlik zjawisk z pobłażliwym uśmiechem wyzwolonych duchów... ale słaniały się ciążąc ku ziemi, jednocześnie niechętne jej dotknąć, rozstać się z nią nie mogły.
Czarna sylweta małej mieściny odcinała się niewyraźnie na ciemnem niebie, na skraju nieboskłonu.
Opary płynęły ku miastu.
Zdało się, że przyciąga je nikły... ledwo dostrzegalny przebrzask tam gdzieś w stronie przedmieść, w pomiędzy czarnej, podłużnej plamy skupionych drzew, mżący jasnością drgającą, dziwną, co nie jest światłem jeszcze, a ciemnością być przestała.
Na cmentarzu ruch panował i krzątanina. Miedzianymi blaskami oblane drzewa stały zdziwione, zaskoczone dziwną jawą, która im sen przerwała zwyczajny. Posnęły z zachodem i nagle przyszło coś niespodziewanego. Ludzie przypomnieli sobie nagle o tych, którzy leżą sami długie, długie noce... Przyszli.
Przyszli tłumnie, biegają tu i tam. Ogromne cienie skaczą nerwowo po ziemi, pniach drzew, krzewach, łamią się na krzyżach, płytach, dzielą i łącza, szukają jakby kształtów, wiążą w zrozumiałe mniej więcej postacie i znowu, jak w kalejdoskopie, poruszanym jakąś niewidzialną ręką, rozpryskują się na elementy i gonią za nową kombinacyą, która będzie taksamo znikomą i krótkotrwałą, jak porzucona przed chwilą. W dziwnej tej krzątaninie wpadają pomiędzy nagrobki. Wydłużają się nadmiernie, karykaturalnie, niby groty czerni, śmigają w czerń nocy, toną... sycąc tym ustawicznym przypływem ciemności aksamitną głąb, co zda się czernieje z każdą chwilą bardziej.
U podnóży nagrobków, na ramionach krzyżów zachwiały się płomienie. Grupy świec koślawych od gorąca zapadły w suche trawy i sieją poświatę poprzez badyle.
Bezgłośne znienacka przerzucały się po powietrzu sowy, przynęcone światłem z dziupli drzew.
Jakaś pieśń zbiorowa, hymn, na czyjąś cześć nucony, dochodził z grupy bezlistnych już topoli. Widać było garść ludzi i chybotliwych tłum cieniów na sąsiednich nagrobkach.
Przytulona do kamiennego krzyża siedziała kobieta w czerni.
Trzymała pod pachą paczkę zawiniętą w papier i zdawało się, że śpi.
Ponad nią rozłożył się cień szarawy, cichy, nieruchomy. Sam jeden nie zmieniał zarysów i patrzył ponury, zadumany na sabat nocny. Czasem przyczerniał tylko, czasem się rozwidnił jakiemś blizkiem migotaniem.
Siedziała tuż przy drodze, a przebiegający ocierali się o nią bez ustanku.
Raz tylko, kiedy hymn przycichł, zerwała się, ale gdy rozebrzmiał ponownie, przypadła do kamieni i znieruchomiała znowu.
Pieśń zamierała, rytm jej zrazu zamaszysty, żołnierski, ton gorący, omdlewał z każdą strofą, wreszcie urwał się, zgasł... Rozległa się pieśń druga.
Czuby topoli osnuły opary mgieł. Bielały widmowo na czarnem tle nieba.
Ludzie ruszali się teraz powolniej. Taniec cieniów z szalonej galopady przeszedł w polonez. Sunęły ze sobą pasy światła i ciemności snuły się posuwiście, płynęły szemrząc, jak rzeka jakaś nieznana, niewiadomo skąd płynąca.
Pochód ten zostawiał, jak zostawia strumień kamienie na brzegu, ciemne postaci.
Zostawały u stóp pomników i zapadały w bezruch modlitwy czy znużenia.
Następna fala zmiatała je, porywając ze sobą i wyrzucała na brzeg inne...
Poświata nad cmentarzem rozlana przyciemniała, jak światło skręconej lampy.
Poczerniały płaszczyzny nagrobków, zatarły się ostre kontury cieniów.
Pieśń u wspólnej mogiły zamarła. Grupa śpiewaków rozwiała się na wszystkie strony.
Główną aleją przesuwać się teraz zaczęły cienie inne. Chłopcy niedorostki przebiegali rzucając okrzyki ostre, dzikie. Czasem zwierali się ze sobą w krótkiej szarpaninie. Wylatywały w powietrze czapki, rozlegały się dosadne przekleństwa. Szło o niedopałki świec i szarfy wieńców, zdarte z nagrobków nie dość troskliwie pilnowanych.
Cmentarz rozbrzmiał rozmową. Poczęły się ukazywać pary... polatywały śmiechy.
Siedząca u stóp krzyża kobieta nie drgnęła nawet.
- Nareszcie... będzie można zasnąć na nowo — myślały drzewa.
Odstraszony gorącą, rozedrganą atmosferą światła, powracał teraz do swych praw przenikliwy chłód nocny. Jak firanka niewidzialna zesuwał się z góry na dół, coraz cięższymi, coraz grubszymi zwojami, kładł się na piersi ludziom, krzewom pochylał zda się czuby.
Cmentarz nie był już tak zatłoczony. Chwilami na ścieżce głównej nie było nikogo. Ziemia odzyskiwała spokój, nagrobki otulało zamyślenie wieczyste.
Kobieta podnosiła głowę... nadsłuchiwała.
Ale znów para jakaś rozbawiona przemknęła.
Znów cisza.
Podniosła się, przycisnęła silniej paczkę trzymaną pod pachą i poczęła zwolna kroczyć ku grupie topoli, skąd odeszli śpiewacy.
Szła cicho, jakby bojąc się spłoszyć ciszę, a żwir skrzypiał ledwo dosłyszalnie pod jej stopą.
Raz potrąciła ją jakaś przebiegająca żywo para. Raz znów zawrzasło około niej jakieś chłopczysko i przegrzmiał tętent pędzącego urwipołcia.
Szła prosto ku topolom.
Tkwiły w przemarzłej, wysokiej, stratowanej trawie, otaczając półkolem długą, niezmiernie długą, podobną do wysokiego zagona, mogiłę wspólną.
Tlało na niej w kilku miejscach dogasające ognisko potopionych świec, skwierczała przepalona trawa i iskierki przeskakiwały ku źdźbłom jeszcze niedosięgniętym żarem.
Upadła ciężko na kolana, a paczka wyleciała i rozwinęła się. Posypały się na ziemię krótkie, grube świeczki.
Leżała czarną plamą na rudziejącej jeszcze od światła murawie. Wstrząsał nią szloch cichy, bezgłośny, rozpaczny.
Opodal rozlegały się wrzaski, tętniły kroki, przelatywały urywki rozmowy... Nie słyszała.
Z rozłogu łąk nadpłynęły wysokie strzępiaste smugi białych mgieł i oplotły jak powoje smukłe pnie topoli. Stały wysokie, zadumane, zaróżowione od światła i dumały.
Życie niosące ze sobą rozgwar ustępowało coraz dalej, cofało się, jak pobita armia, spływało jak morze, z zagarniętej czasu przypływu wyspy śmierci. Skały wieczystej zadumy, na grobki pogrążały się w ćmę.
Niby szakale za armią ciągnące, przelatywały skowyty, ale i one słabły z każdą chwilą.
Z czarnego tła nieba wystąpiły fałdziste pasma chmur, festony obłoków zaczęły szarzeć i można już było rozeznać głęboki granat firmamentu, z wetkniętemi tu i tam brylantowemi głowicami gwiazd.
Kobieta poczęła teraz płakać... zrazu cicho... bezgłośnie... potem swobodniej...
Głowa jej, leżąca na ziemi, drgała nerwowo, drgały ramiona rozkrzyżowane, obejmujące w uścisk miłosny ziemię cmentarną i jego... i jego...
Rozpacz szukała go tu... niewiadomo dobrze nawet gdzie we wspólnym grobie.
Miłość parła się ku ukochanemu, pytając wszystkiego, co żywe i umarłe:
- Gdzie on... powiedzcie... gdzie on...
Szloch rozpierał jej piersi... długo powstrzymywany, tajony, na tę oto chwilę chowany szloch miłości — rozpaczy.
Serce tłukło się w piersi, jak serce ptaka, który po straszliwie długiej przez niezmierne oceany wędrówce, ostatkiem tchu dolata do pustego gniazda.
Gdzie jest... pokaż go Boże, który patrzysz z nieba...
Na chwilkę, na maleńką choćby chwilkę! — W ekstazie tego pragnienia widziała wszechmoc, która powie mu:
- Idź do niej!
Pragnęła długo, niezmiernie długo... nie przyszedł.
Tedy zapragnęła zbliżyć się ku niemu, ale nie śmiała jednym skokiem paść w to coś nieznane, straszliwe w swej tajemniczości, a tak bardzo rozległe, że... szukać... bez pochodni wiary... nie sposób!
Szukać kropli wody w oceanie byłoby dziecinną zabawką. Jakże znaleźć jedną, maleńką, zwykłą duszę w bezmiarze zagrobowego istnienia, w bezmiarach czerni, gdzie się palą od wieków ogniska jakichś bytowań niepojętych, a nie rzucają nawet najlżejszego blasku do nas... tak odległe... takie inne.
Łkała coraz ciszej... Zadumane spoglądały na leżącą różowawe cienie-mgły, zwisłe na gałęziach topoli.
Wysilała cała duszę swą w obłędnem, strasznem pożądaniu. Wszystkiemi siłami serca swego wołała:
- Chodź do mnie! Chodź do mnie!
Przestała łkać. Leżała nieruchoma, jak łachman całunu zostawiony po pogrzebie, jak zewłok człeka, który poszedł sobie precz...
Przygasły już niemal płomień dopełznął do suchej gałązki, rozjaśnił mgły, i nową, lekką na pnie rzucił poświatę.
Beznadziejność i cisza głęboka, ostateczna cisza dokonanych rzeczy, poza któremi niema już nic, zaległa wokół. Sowy wróciły do gniazd, poniechawszy na dziś żeru, czy też poleciały za ludźmi oszołomione ruchem, porwane prądem nieznanym, który nadszedł nagle... Cisza bezdenna, nienaruszona i nienaruszalna, zda się, zaległa wszystkie kąty.
Cienie stojące u topól zaczęły wibrować.
Jeden zakołysał się silniej od innych... postąpił kilka kroków.
Leżała nieruchoma... nie widziała nic, modliła się tylko skowytem pragnienia:
- Chodź do mnie! Chodź!
Nie widziała, że stoi przed nią... on... odziany w siwy mundur... wysoki... wysoki jako opar mgły... przeraźnie wysoki duch.
Towarzysze widnieli dalej posępni, nie tykający ziemi, zawieszeni ponad nią, z czołami utkwionemi kędyś wysoko w granacie niebios, czy w wierzchołkach topoli...
Leżała bez ruchu.
Wówczas on wyciągnął nad nią ręce i rzekł jak mówi duch... bez szmeru słów:
- Chodź do mnie...
Od czerni całunu poczęła odstawać jakaś miedziana, niezmiernie przejrzysta pajęczyna-mgła. Zawisła jak świetlana chmura nad leżącą i poczęła falować ruchem rytmicznym, szybkim, a harmonijnym. Była jako opar słoneczny, szukający dla siebie widzialnej formy... cień ciała.
On... postąpił jeszcze krok i powtórzył:
- Chodź do mnie...
Wówczas z mgły wyłonił się wyraźny kształt kobiecy... zajaśniały ręce... zarzuciły oplot uścisku na szyję ukochanego... ciało przywarło doń miłośnie... stali się jedną mgłą, jednem złudzeniem oczu... jedną wielką, nieśmiertelną prawdą, która ponad życie jest.
Cienie-towarzysze spoglądali smutnie, widząc, jak spleceni uściskiem popłynęli kędyś daleko... przez rozłogi pól... ku górze...
Franciszek Mirandola |
|
Komentarzy:
2
|
|
| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
Księga gości
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
3221
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
113
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
7
|
|
|